Diablica z Orihueli

282Wieczorem, już w katedrze w Alicante, uczestniczę we Mszy św. sprawowanej w obecności kilkudziesięciu starszych kobiet i zaledwie dwóch staruszków. Rolę ministranta sprawuje energiczna starsza pani, ubrana zresztą dość luźno w biały T-shirt i spodenki (za kolano). Kobiety zbierają na tacę, kobiety sprawują funkcję lektorów. Zwolniono je natomiast ze śpiewów, bo wszystkie pieśni odtwarzane są z płyty. Mimo końcówki września, upał daje się we znaki, może więc energiczne korzystanie z wachlarzy uniemożliwia znośny śpiew. Przez otwarte drzwi dobiegają odgłosy ulicy i muzyka z okolicznych barów. Niewykluczone, że ich stałymi klientami są mężowie i partnerzy wiernych parafianek katedry, którzy grą w karty i domino opędzają nudę oczekiwania na powrót swych „dewotek”. Potomkowie Adama zdają się być mniej odporni na pokusy niewiary, o czym jeszcze dobitniej przekonałam się w Walencji.

Do Orihueli, hiszpańskiego miasteczka, w którym na podobieństwo wież kontrolnych nieba strzegą wieże dwudziestu dwóch zabytkowych kościołów, należało wybrać się niezwłocznie. Zwłaszcza gdy stacjonuje się w nieodległym Alicante, w którym woń olejków do opalania przekracza dozwolone normy i grozi trwałym otępieniem i tak już sflaczałych od upału władz umysłowych i poznawczych. Po cóż miastu zatopionemu wśród palm i skalistych wzgórz taka obfitość dzwonnic? Może chcieli mieć lepszy zasięg w kontaktach z Panem Bogiem?

Mam słabość do hiszpańskich kościołów, bo zdają się wyrastać wprost z ziemi, jakby od momentu stworzenia były naturalną częścią krajobrazu. Kamień z katedry ma barwę tutejszej ziemi lub pobliskiego kamieniołomu i najczęściej zmienia się w złoto, jeśli tylko znajdzie się na drodze rozpalonych promieni słonecznych. Nasze neobarokowe kościoły z nierzadko pstrokatymi fasadami muszą być z kolei nie lada egzotyką dla przyjeżdżających tu Hiszpanów. Wielka szkoda, że wymiana kulturalna nie może czasem dotyczyć również dóbr kultury nieco jakby mniej ruchomych. Szczerze więc przyznaję: do Hiszpanii wiedzie mnie zawsze jeden z grzechów głównych – zazdrość. Tęga zazdrość o ich stan posiadania w dziedzinie sztuki, a już zwłaszcza architektury sakralnej.

Mój apetyt na poznanie miasta podsycił artykuł w lokalnej prasie, że za parę dni biskupstwo w diecezji oriolańskiej obejmie nowo mianowany biskup i jak każdy poprzednik czyniący zadość wielowiekowej tradycji – wjedzie do bram miasta na grzbiecie białej mulicy. Trudno poradzić sobie z niedowierzaniem – ksiądz biskup na grzbiecie zwierza, którego łatwo pomylić z osłem? O takim wydarzeniu nie śniło się dziś ani filozofom, ani nawet radykalnym zwolennikom Kościoła ubogiego. Oczywiście właściwy wymiar tego wydarzenia pozostaje symboliczny, nawiązuje do wjazdu Chrystusa do Jerozolimy z ostatnią i najtrudniejszą misją do wypełnienia. W dawnej, katolickiej Hiszpanii zwyczaj publicznego i tak spektakularnego obejmowania nowej siedziby biskupiej był powszechny, dziś tradycję tę zachowują jedynie dwa miasta: Orihuela i Siguenza.

Niestety, bogaty ceremoniał obejmowania siedziby biskupstwa będzie musiał obejść się bez entuzjastki z Polski, choć przyznaję – dałabym wiele, żeby zobaczyć, czy po przewidzianych protokołem z 1566 r. trudach drogi na grzbiecie muła, ksiądz biskup zachowa nadal niezmącenie pobożne i uśmiechnięte oblicze. Całość bogatej oprawy pomaga przygotować ratusz, pomimo gwałtownych sporów z kanonikami o prawo własności do słynnej rzeźby zwanej „Diablicą”, o której opowiem nieco dalej. Czytając szczegóły planowanej uroczystości, można odnotować kolejne ukłucie zazdrości. Oto biskup wita się z mieszkańcami („palpacyjnie” a nie z pomocą telebimu), przybywa „konno” (a nie w czarnej limuzynie), przed objęciem siedziby puka trzykrotnie do bramy miasta (niejako z prośbą o pozwolenie na apostolską misję), na kolejnych przystankach modli się, intonuje pieśni, wita z przedstawicielami władz, bractw, proboszczami, księżmi, u jednych posila się tradycyjną potrawą z ryżu, u innych czeka go przyrządzona według najdawniejszej receptury oranżada. Na poszczególnych odcinkach trasy towarzyszą mu mieszkańcy, ciekawi, jak też zachowa się ich nowy Pasterz. Uwaga całego miasta skupia się na przybyszu, a jego pierwsze kazanie dochodzi nawet do uszu tych, którzy odwykli już słuchać Ewangelii.282

Przybywam do Orihueli na kilka dni przed tryumfalnym wjazdem biskupa, mając nadzieję, że poddawana właśnie testom na ujeżdżanie młoda mulica Pepita (sprowadzona specjalnie z Cordoby) nie poniesie biskupa w siną dal nieobjętą protokołem ceremoniału. Hiszpańskie kościoły nie poddają się łatwo wścibskim oczom przybyszów z zewnątrz. Po wielekroć naciskałam nadaremnie klamkę starych drzwi w nadziei, że usłyszę charakterystyczny, ociężały dźwięk zwalnianego rygla i znajdę się przynajmniej w mroku przedsionka. Zdawać by się mogło, że Pan Bóg śpi w Hiszpanii od wczesnych godzin przedpołudnia aż po wieczór i nie wypada go nachodzić. Powodem, dla którego drzwi kościołów pozostają tak często zaryglowane, jest nie tylko specyficzny hiszpański styl życia wymuszony klimatem (przed upałem należy się chronić, uciekając z miejsca pracy), ale też obawa, aby chronić dzieła sztuki przed lepkimi rękami złodziejaszków. Niemal wszystko w tych świątyniach jest obiektem o wartości muzealnej, z wyjątkiem świec i wazonów z kwiatami. Pozostaje więc cieszyć oko szaleństwami fasad, które choć wykute w kamieniu jawią się niczym klejnot spod ręki jubilera. Tym zresztą charakteryzuje się styl w hiszpańskiej architekturze – plateresco, który spiętrzeniem i zagęszczeniem ornamentów zdaje się mrugać do patrzącego, że rzeźbienie w kamieniu jest równie proste jak tkanie koronek.


Pełna treść tego artykułu dostępna wyłącznie dla prenumeratorów kwartalnika Fronda. Zamów prenumeratę, a jeśli jesteś już naszym prenumeratorem - zaloguj się lub zarejestruj konto, by uzyskać dostęp do ekskluzywnych treści.


Małgorzata Wołczyk

MAŁGORZATA WOŁCZYK (1975) absolwentka filologii polskiej KUL. Niegdyś pracownik teatrów w Lublinie, Toruniu i Warszawie. Od 2007 pracuje jako kaligraf i kronikarz (np. Wielkiej Księgi Honorowych Obywateli m.st. Warszawy). Publikowała teksty w „Niedzieli”, „Rzeczpospolitej”, „Dziecku”. Mama dwóch synów.
Tekst pochodzi z kwartalnika: .