Kocham, nie czytam bzdur!

Toteż ważna sprawa ta „dziecinna książka”, gdyż SŁOWO w niej zaklęte to wielka siła kształtująca duszę dziecka, siła zła lub dobra. Więc trzeba wiedzieć, którą z nich się wybiera.

Ewa Szelburg-Zarembina

Książka dla dzieci przeżywa swoje dobre chwile. Akcja Fundacji Cała Polska Czyta Dzieciom – z jednej strony – odniosła pewien sukces. Sporo młodych rodziców regularnie czyta swoim pociechom. Pokolenie trzydziestolatków, pokolenie, które jako pierwsze wzięło udział w wyścigu szczurów, mocno przekonuje argument, iż czytanie we wczesnym dzieciństwie wpływa na rozwój inteligencji i jest „najlepszą inwestycją w ich (dzieci – przyp. MM) przyszłość”1. Więc czytamy! Z drugiej zaś strony, rynek księgarski otworzył swe podwoje. Powstało sporo małych, można rzecz rodzinnych, wydawnictw (jak Dwie Siostry, Czerwony Konik czy Hokus-Pokus), które ogromną wagę przywiązują do jakości książki (i treści, i ilustracji). Większe wydawnictwa z kolei spoglądają poza granicę, przede wszystkim na kraje skandynawskie (Czarna Owca, Zakamarki, EneDueRabe) i publikują książki na tematy trudne czy – jak same to określają – stabuizowane. Jedyne, co nie zmienia się od lat, to podejście środowisk naukowych, krytyki literackiej do literatury dziecięcej. Brakuje publikacji, które podejmowałyby refleksję nad współcześnie wydawanymi książkami dla dzieci, zastanawiały się nad ich jakością, pytały o wartość. A pytania to zasadne, ponieważ – jeśli przyjrzeć się półkom księgarskim – spotykamy się z zalewem kiczu, ale i pozycji po prostu destrukcyjnych na wielu płaszczyznach.

SKANDAL I DO PRZODU!

Pozwolę sobie na dygresję. Sytuacja, którą chciałabym przypomnieć, jako żywo przypomina pewien dzisiejszy problem z literaturą dziecięcą. Pamiętam akademicką dyskusję sprzed kilkudziesięciu już lat, która dotyczyła „bruLionu”. Chodzi o czasopismo, które w latach dziewięćdziesiątych – że się wyrażę metaforycznie – wyrzygało się na literacki kanon. Pismo rozpoczęło wtedy publikację tekstów pornograficznych (tekst Bataille’a w najgłośniejszym, dziewiątym numerze), opowiadających się za zniesieniem ograniczeń w kwestii używania narkotyków (Niemoralność prohibicji Marie André Bertrand; numer 11/12), poezji wulgarnej (Flupy z pizdy Zbigniewa Sajnóga w numerze 16), ale także tekstów o treściach antysemickich, rasistowskich, feministycznych, podejmujących takie tematy jak magia, okultyzm, sadomasochizm, homoseksualizm czy w ogóle wolność seksualna najszerzej pojęta. Andrzej Horubała w opisującym zjawisko tekście „bruLionu” przygoda z wolnością tak stwierdzał: „Dzięki prowokacjom nie tylko zwrócili na siebie uwagę (…), ale i po części zbudowali własną tożsamość”, ale także „Terapia szokowa, atakowanie czytelniczych przyzwyczajeń (…) budować miało nową podmiotowość człowieka”2Co pozostało po „bruLionie”? Robert Tekieli – redaktor naczelny (choć sam Tekieli kojarzył ten termin z PRL-owską nomenklaturą) pisma – nawrócił się i zdecydowanie odciął od newage’owej wizji świata i kultury. Nazwisko Sajnóg czy nawet Brzóska-Brzóskiewicz tli się w pamięci jedynie niektórych polonistów. Marcina Świetlickiego już nikt nie kojarzy ze skandalem. Na barykadzie pozostała bodaj jedynie Gretkowska, która wojuje jako feministka i polityk (czy raczej polityczka?; Partia Kobiet), ale też pozostaje w swej twórczości obsceniczna, wulgarna… generalnie kabotyńska (Trans czy Sceny z życia pozamałżeńskiego napisane wspólnie z życiowym partnerem Piotrem Pietuchą – by wspomnieć o tych ostatnich). Przesadą jednak byłoby twierdzić, że kogoś to jeszcze wzrusza. Prowokacja „bruLionu” została przez kulturą przeżuta w ciągu kilku zaledwie lat. Wiele tematów podejmowanych przez pismo przestało ruszać publiczność czytelniczą, a nawet stało się czymś oczywistym i nagradzanym (ot, choćby gejowska powieść Michała Witkowskiego Lubiewo). Podsumowując zjawisko i jednocześnie parafrazując pewne znane skądinąd powiedzenie… „Skandal i do przodu!”.

/

Po co o tym piszę? Dlatego że dziś w literaturze dla najmłodszych spotykamy się ze zjawiskiem podobnym. Może jest ono bardziej rozłożone w czasie, może bardziej rozproszone w przestrzeni kulturalnej i na półkach księgarskich – jednak, jeśli wziąć pod uwagę do kogo skierowane, na kogo obliczone, wyjątkowo niebezpieczne. W dziecięcych rączkach znalazły się już takie książki jak: homoseksualna Z Tango jest nas troje(AdPublik), pornograficzne Mama zniosła jajko!(Nasza Księgarnia), Wielka księga siusiaków iWielka księga cipek (Czarna Owca), ateistycznaBoga przecież nie ma (Czarna Owca), feministyczna Mała książka o feminizmie (Czarna Owca)„oswajająca” aborcję Duża książka o aborcji (Czarna Owca), wychodzące poza ramy estetyki Mała książka o kupie (Czarna Owca), O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę (Hokus-Pokus), Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę (Dwie Siostry), Robale (Dwie Siostry), Doktor Proktor i Proszek Pierdzioszek (Czarna Owca), dekonstruujące tradycyjne pojęcia To wszystko rodzina! (Czarna Owca), Mała książka o miłości (Czarna Owca), Mała książka o tolerancji (Czarna Owca). Jak widać pozycji tych wcale niemało, a tytuły nieraz niezwiastujące prawdziwej zawartości.

Zastanawiające jest przede wszystkim, czemu mają służyć tego typu publikacje. Horubała, pisząc o „bruLionie”, zwracał uwagę, że udało im się zwrócić na siebie uwagę i budować tożsamość. Rzeczywiście i w tym przypadku o książkach stało się głośno. Czarna Owca – która wydała większość z wymienionych – wypromowała się właśnie dzięki skandalowi. Krytyk dodaje również, że „Terapia szokowa, atakowanie czytelniczych przyzwyczajeń (…) budować miało nową podmiotowość człowieka”, podmiotowość wolną od uprzedzeń, tolerancyjną i otwartą na inność szeroko pojmowaną. Ruszanie tabu w przypadku odbiorcy dziecięcego ma i ten cel. Ideologizacja książki dla najmłodszych rodzi podejrzenie chęci zawłaszczenia umysłu młodego czytelnika, kształtowania tej materii zgodnie z własnymi wyobrażeniami i potrzebami. Czarna Owca wzięła na siebie rolę edukatora czy też wychowawcy nie kogo innego, jak naszych dzieci. Zajrzyjmy do kilku z tych pozycji.

ZGWAŁCENI PRZEZ USZY

Wielka księga siusiaków oraz Wielka księga cipek nastawione są na szokowanie odbiorcy. Słowo „siusiak” brzmi w języku polskim dość neutralnie, choć konotacje z tym określeniem związane raczej odsyłają nas do dziecięctwa. Żaden ze znanych mi mężczyzn, ba!, nawet nastolatków, nie użyłby określania „siusiak” na swojego penisa. Sprawa komplikuje się przy słowie „cipka”, które – i nie udawajmy, że jest inaczej – zostało w naszym języku zwulgaryzowane. Użycie go w publicznym dyskursie jest albo wyrazem brutalizmu językowego, albo próbą zwrócenia na siebie uwagi odbiorcy. Nie inaczej jest w dalszej części Wielkich ksiąg…. Masturbację określa się mianem „brandzlowania”, na rozkładówkach wynotowano dość sporo określeń na penisa, waginę i onanizowanie się, które to słowa powszechnie uważamy za rynsztokowe. Udało się zaciekawić odbiorcę, skoro obie książki świetnie się sprzedają.

W wielu księgarniach internetowych nakład się wyczerpał bądź można kupić jedynie wersję „ocenzurowaną” (sic!).

A treść? Dan Höjer prezentuje wizję wyzwoloną. Nie różnicuje się tu treści ze względu na wiek czy tym bardziej indywidualną wrażliwość. Młody odbiorca otrzymuje więc dziwne kompendium wiedzy o penisie, jądrach, łechtaczce czy w końcu waginie. Jego zainteresowania krążą wokół ciekawostek (!) historyczno-filozoficzno-religijnych, a nie fizjologii jako takiej. Dowiadujemy się na przykład, kto i gdzie czci poszczególne narządy płciowe, jak kiedyś radzono sobie z brakiem podpasek. Autor skupia się na tym, co, jak sądzi, najbardziej niepokoi – jaka powinna być długość członka? ile wzwodów ma mężczyzna? jakie mogą być kolory włosów łonowych? czym jest kobiecy wzwód? Kilkakrotnie podkreśla, że masturbacja nie jest niczym złym, a nawet przywołuje historię Onana i dodaje: „jest to więc opowieść o tym, że Onan był łasy na pieniądze. To się nie spodobało Panu i jego też pozbawił życia. Na tej podstawie, co idiotyczne, wiele osób z kręgów kościelnych doszło do wniosku, że onanizm jest czymś niebezpiecznym”. Kilka stron dalej autor zachęca: „Możesz się onanizować tak często, jak zechcesz. Dopóki ci to sprawia przyjemność, nie ma problemu”. W obu publikacjach pojawia się również zasadnicza sprzeczność – masturbacja najczęściej wiąże się nieodłącznie z pornografią. Zachęta do onanizmu jest pośrednią zachętą do oglądania pornografii. Jak więc do tego mają się hasła o szacunku wobec kobiet, nieuprzedmiotowiania ich, tak głośno podkreślane i w Małej książce o feminizmie, i w Wielkiej księdze cipek? Zastanawiające również pozostaje, czy instruktaże, jak się masturbować, jak założyć prezerwatywę, jak obejrzeć swoją cipkę w lusterku, różnią się czymkolwiek od „instruktaży”, które młodzież bez problemu może znaleźć w Internecie na pornograficznych stronach.

/

Publikacje Czarnej Owcy nie sprzedawałyby się pewnie tak dobrze, gdyby nie odniesiono się w nich do Biblii i Kościoła katolickiego. W Wielkiej księdze cipek pada absurdalne pytanie, „co by było, gdyby Jezusa przedstawiano z cipką” (a mam, niestety, wersję ocenzurowaną i odnoszę wrażenie, że coś tu wycięto). W Wielkiej księdze siusiaków natomiast czytamy: „W piętnastym i szesnastym wieku włoscy artyści przeważnie malowali Jezusa leżącego w ramionach matki iciągnącego się za siusiaka. Na wielu płótnach Matka Boska dotyka krocza swojego syna”. Cóż, ja takich prac nie znam, ale to pewnie wina Watykanu, który w piwnicach pochował owe dzieła bądź zdążył je spalić!

NIETZSCHE W WERSJI DLA DZIECI?

Boga przecież nie ma to – jak czytamy w podtytule – „książka o niewierze w boga”. Patrik Lindenfors zajmuje się, bardzo pobieżnie, by nie rzec byle jak, trzema największymi religiami – chrześcijaństwem, islamem i hinduizmem. Na kolejnych stronach opowiada o motywacji, którą kierują się ludzie, by wierzyć. Twierdzi, że Boga (bogów) traktuje się jak „pierwszą przyczynę”, wybawcę, wymówkę czy niewidzialnego przyjaciela. Sporo miejsca poświęca analizie powodów, dla których nie warto wierzyć i dlaczego religia może być niebezpieczna.

Grzegorz Wysocki w artykule Niezbędnik ateisty3 przekonuje, że Lindenfors „woli snuć swoją nieskomplikowaną «alternatywną» opowieść, napisaną tak prosto i klarownie, że aż trudno po lekturze nie krzyknąć: «Przecież to oczywiste!»”. Właśnie!, dla człowieka, który interesuje się religioznawstwem bądź jest wierzący, dywagacje Lindenforsa to stek bzdur. Autor pisze na wstępie: „Nie są to tylko moje przemyślenia, powstały na przestrzeni dziejów. Jako osoba, która jedynie wszystko streściła, jestem wdzięczny wielu pisarzom”. Kiedy czyta się jego książkę, trudno oprzeć się wrażeniu, że autor zadaje owszem słuszne i ważne pytania, ale zadowala się zgoła infantylnymi odpowiedziami bądź ich brakiem. Przykładem tego są choćby te niewiadome, na które człowiek autentycznie poszukujący znajdzie odpowiedź bez większego trudu: „W Biblii jest napisane, że trzeba stosować przemoc wobec nieposłusznych dzieci. (…) Czy powinno się postępować według tych zasad? Są przecież złe i niesprawiedliwe” czy „Inną próbą wyjaśnienia, dlaczego istnieje zło, jest stwierdzenie, że nie rozumiemy zamiarów boga. (…) A jeśli bóg nie może robić tego, co chce? Jeśli nie jest dobry? Te dwa pytania mają sens. Niezaprzeczalnie odbierają bogu część blasku”. W zasadzie z każdej strony tej książki mogłabym zacytować zdanie lub kilka. Jeśli te rzekomo logiczne bzdury padną na tak podatny grunt, jak umysł nastolatka, niezdolny przecież do odpowiedzi na wiele filozoficznych pytań na tym etapie rozwoju, mają ogromną szansę przemówić. Bynajmniej nie dlatego, że są prawdziwe, ale dlatego, że uzasadnione. Nawet człowiek wierzący ma szereg wątpliwości, co jednak istotne nie stają się one dla niego podstawą niewiary. Nie ma nic złego w zadawaniu pytań. Złe jest udawania, że nie mamy na nie żadnych odpowiedzi.

Równie infantylne jest skarykaturyzowanie religii bądź przedstawianie nieprawdziwych tez na jej temat. Kiedy mowa o chrześcijaństwie, słyszymy: „Ci zaś, którzy wierzyli, że Jezus był zwykłym człowiekiem albo w ogóle nie istniał, będą się smażyć w piekle przez całą wieczność. Nawet jeśli byli dobrymi ludźmi” oraz „etyka religijna nie walczy ze zmniejszeniem cierpienia na świecie. Wymaga ona jedynie postępowania zgodnie z jej zasadami. Czasami te zasady są dobre, ale przeważnie są złe”. Nawet hurraoptymistycznie nastawiony do książki cytowany już redaktor Grzegorz Wysocki dostrzega: „mogą razić niektóre zastosowane tutaj skróty myślowe i przedstawianie religii i bogów w krzywym zwierciadle”.

GRA O DUSZĘ?

Jeśli nieliczni zainteresowani książką dla dzieci (myślę tu o środowisku „Rymsa”, „Qlturki”, blogerkach piszących o literaturze dla dzieci, ale także o kilku krytykach, którzy podejmują temat, jak Grzegorz Leszczyński czy Małgorzata Cackowska) potępiają kicz jako niszczący w dziecku jego poczucie estetyki4, dlaczego nie ganią książek destrukcyjnych dla jego psychiki?

Małgorzata Cackowska w wypowiedzi dla „Qlturki” zauważa: „Jeśli chodzi o trudne tematy, to wszystko zależy od dziecka, od tego, ile jest ono w stanie przyjąć. Psychika dziecka jest delikatna, dzieci mają niedojrzały układ nerwowy. Wydaje mi się, że największy sens w pokazywaniu i czytaniu takich książek jest wtedy, gdy jest taka potrzeba i właściwa ku temu dojrzałość dziecka. (…) Mogą siać niepokój intelektualny, ale nie emocjonalny. Mogą, a nawet muszą powodować, by dziecko zaczęło myśleć. Jeden z niemieckich wydawców kiedyś bardzo fajnie powiedział, że on wydaje tylko takie książki, po przeczytaniu których dzieci będą mądrzejsze”5. Jednocześnie ta sama badaczka w artykule Polityczne konstruowanie dziecięcej wyobraźni – czyli jaka może być edukacja seksualna w książkach obrazkowych dla dzieci6 komentuje, używając sformułowań, które w sposób zakamuflowany ukazują jej podejście (także wobec rodziców, którzy sprzeciwiają się publikacji): „Z powodu przywołanej rozkładówki z książki Babette Cole pt. Mama zniosła jajko! w Polsce zahuczało. Tekst na niej jest krótki, prosty i oznajmia pewien fakt, nie wzbudza żadnych podejrzeń („jest wiele sposobów, żeby tubka tatusia trafiła do dziurki mamusi” – przyp. MM). Właśnie ilustracje przedstawiają to, co zyskało wyraźnie polityczny wymiar. To dokładnie cztery humorystyczne sposoby zapłodnienia (według dziecięcej wyobraźni [ilustratorką jest przecież osoba dorosła, Babette Cole, a nie dzieci!? – przyp. MM]), które w Polsce okrzyknięto mianem kamasutry dla dzieci. (…) rodzice o szczególnie konserwatywnych poglądach krytykowali tę książkę. Na różnych publicznych forachkrzyczeli (w zdecydowanej większości głos zabierały matki), że jest promocją seksu i niczego więcej! (…)”. Cackowska ubolewa, że wydawnictwo Nasza Księgarnia zostało zmuszone do wycofania książki z obiegu i wyprzedania jej „niemal za bezcen (6 PLN)”. Publikacji, o których mowa w tym tekście, bronią też psychologowie i rodzice7. Wszyscy zgodnie twierdzą, że potrzebujemy, aby rozmawiać z dzieckiem na wszelkie możliwe tematy i że „nic, co ludzkie, nie jest nam obce”. Czy jednak w tym rozmawianiu o kupach, homoseksualistach i brandzlowaniu nie ma szaleństwa? Czy naprawdę chodzi o dobro dziecka? Co jest stawką w tej grze?

/

Pytam dziś w tym tekście także o to, po co o powyższym pisać książki dla dzieci. Dlaczego dziecko, które na pewnym etapie i tak zainteresuje się fekaliami, musi jeszcze zetknąć się z tematem w książce? Komu zależy na promowaniu wizji rodziny homoseksualnej? W imię czego nasze dzieci dowiadują się, jak obejrzeć waginę w lusterku bądź w jakich pozycjach można się kochać? Czy literatura dla najmłodszych rzeczywiście nie ma ciekawszych tematów niż biegunka, zatwardzenie, włosy łonowe i seks analny? Jaki cel ma mieć literatura dziecięca? Czy polityczny?

WARTOŚCIOWA RZECZ

Pocieszającym pozostaje fakt, że na rynku znajdziemy mnóstwo książek, które nie roszczą sobie pretensji do tego, by kogokolwiek zbawić czy uświadomić. Pełnią tradycyjne funkcje. Opowiadają o świecie, w którym dobro, prawda i piękno wcale się nie zdezaktualizowały. Ba!, są nadrzędne. Co ciekawe również, wymienione tytuły zostały ściągnięte do Polski (autorkami Dużej książki o aborcji są Polki, Katarzyna Bratkowska i Kazimiera Szczuka). Polscy twórcy jak na razie nie skandalizują, choć jeśli przyjrzeć się wypowiedziom niektórych – można przypuszczać, że niedługo to potrwa.

Książki, które warto czytać dzieciom, znalazły grono oddanych czytelników. Pozycje, na które chciałabym tu zwrócić uwagę, choć wzruszające, ciepłe, mądre, dotykają tematów trudnych, także tych związanych z seksem8. Nie znajdziemy w nich infantylizowania, dziecięcemu czytelnikowi stawia się tu pewne wymagania. Przyjrzyjmy się im bliżej.

WOJCIECH WIDŁAK „PAN KULECZKA” (CYKL)9 (MEDIA RODZINA)

Tytułowy bohater to starszy pan, który jest okrągły jak balonik. To ciekawa postać! Gdy jego trzej podopieczni – kaczka Katastrofa, pies Pypeć i mucha Bzyk-Bzyk – zawzięcie coś omawiają, kłócą się, Pan Kuleczka milczy. Wiernie towarzyszy we wszystkich wyprawach, odkryciach, spotkaniach, jednak zasadniczo – mimo że seria nosi jego imię – stoi gdzieś z boku. Pozwala na doświadczenia. Odzywa się dopiero, gdy mali bohaterowie nie znajdują wyjścia albo proszą go o pomoc. I wtedy okazuje się, jak bardzo jest mądry, a jego odpowiedzi wyważone. Urzeka ciepłem i spokojem. Nie dziwi więc, że Katastrofa, Pypeć i Bzyk-Bzyk tak do niego lgną. Pan Kuleczka to figura dojrzałego, doświadczonego opiekuna. Kaczka, pies i mucha są nie mniej wyraziste. W ich przypadku dominuje jednak element humorystyczny. Katastrofa jest rozgadana, wiecznie gdzieś wściubiająca nos i w gruncie rzeczy niezadowolona. Pypeć to postać zdecydowanie spokojniejsza, potrafi być cierpliwy i we wszystkim dojrzeć pozytywy. Choć i on miewa szalone pomysły. A mucha? Ta po prostu lata albo dla odmiany śpi gdzieś w zakamarkach ubrań opiekuna. Ich świat jest dość leniwy – mają czas na plażowanie i oglądanie gwiazd, przyglądają się wystawom i czekają na autobus. I przede wszystkim zawsze są razem.

Z opowieści Widłaka bije ciepło (podobnie jak z ilustracji Elżbiety Wasiuczyńskiej). Dziecięce kłopoty, z którymi zmagają się podopieczni Kuleczki, zawsze mogą być pokonane. Najczęściej z humorem, jak wtedy, gdy niewidzialny korek zatyka umywalkę, albo dużą dawką przytulania (gdy Katastrofie robi się smutno) czy mądrą radą („Nie zawsze wszystko jest tak, jak sobie wyobrażamy”).

WOJCIECH WIDŁAK „DWA SERCA ANIOŁA” (MEDIA RODZINA)

Powieść została napisana z perspektywy dziecka, małego Romka, który choruje na serce i który nie rozumie wszystkiego – dlaczego choruje? dlaczego anioł z obrazka mu nie odpowiada? dlaczego mama płacze, a doktor robi dziwne miny? Być może jednak ta niewiedza pozwala mu łagodniej przechodzić przez trudne doświadczenia. Romek jakoś zaakceptował, że nie może grać w piłkę, zbiegać po schodach i że chłopcy przezywają go Drakula. To właśnie choroba i swoiste wykluczenie pchają go w kierunku pana Felicjana – który siedzi na wózku inwalidzkim przed blokiem. Chłopiec zaprzyjaźnia się ze starszym panem, który nota bene okazuje się znanym pisarzem, a przyjaźń ta dla obu chorujących będzie miała potężne znaczenie i konsekwencje.

Fabuła Dwóch serc anioła jest co prawda dość przewidywalna i bardziej doświadczony czytelnik od razu domyśli się, czym to wszystko się skończy. Jednak książka przynosi radosne zakończenie, nadzieję i wiarę w cuda. Podejmuje jednocześnie trudne tematy: osamotnionej matki, chorego dziecka, odrzucenia, braku pieniędzy, śmierci…

/

BARBARA GAWRYLUK „DŻOK. LEGENDA PSIEJ WIERNOŚCI”10 (LITERATURA)

To książka o Dżoku, psie z Krakowa. Pewnego dnia jego pan zasłabł przy ruchliwym rondzie i zabrała go karetka. To był atak serca i pan Nikodem nigdy już po psa nie wrócił. Dżok jednak z uporem czekał przy rondzie na swego właściciela. Barbara Gawryluk opowiada jednak nie tylko ten jeden, szczególny epizod. Dowiadujemy się, w jaki sposób nawiązała się znajomość Dżoka i pana Nikodema, jak pies poinformował mieszkańców kamienicy o pożarze, co stało się z nim po tym, gdy jednak w końcu opuścił rondo.

Książka o Dżoku nie jest wcale pozycją wesołą. Odnajdziemy w niej i tęsknotę, i cierpienie, osamotnienie. Nie tylko psa. Jednak książka przywraca też wiarę w człowieka (choć przecież głównie opowiada o psie), który potrafi się zatrzymać, który wciąż jeszcze ma elementarną refleksję nad drugim.

BARBARA GAWRYLUK „MALI BOHATEROWIE” (SKRZAT)

W sześciu opowieściach przedstawiono prawdziwe historie. Przemek uratował topiącego się chłopca, Karolinka wezwała pomoc, gdy jej mama zasłabła, mały Damian powstrzymał ogień… Autorka, dziennikarka Radia Kraków, tworzy opowieści według schematu, odkrywając przed małym czytelnikiem właściwy sposób postępowania w sytuacjach zagrożenia. Dziecko nie tylko dowiaduje się, że należy zachować zimną krew, ale ma też okazję usłyszeć, jak powinna przebiegać rozmowa z organami udzielającymi pomocy. Podkreśla w ten sposób, że trzeba znać swój adres zamieszkania, ale i telefony alarmowe. Książka ma zdecydowanie wymiar edukacyjny. Świetnie sprawdziłaby się w przedszkolach i pierwszych klasach szkoły podstawowej, kiedy dzieci uczone są numerów alarmowych.

IWONA CHMIELEWSKA „PAMIĘTNIK BLUMKI” (MEDIA RODZINA)

Pamiętnik Blumki to z jednej strony dzienniczek małej żydowskiej dziewczynki, która trafiła do Domu Sierot Janusza Korczaka. Jej opowieść to krótkie charakterystyki dzieci, które znalazły się na jednej z fotografii. Dziewczynka stara się wskazywać na cechy wyróżniające dane dziecko, pokazując jego wyjątkowość, nawet jeśli czasem są to cechy trudne do zaakceptowania przez otoczenie. Na przykład: „To jest Zygmuś, który ciągle jest głodny i lubi nawet tran. Zygmuś przez całą wiosnę pracował w kuchni i odkładał zarobione grosze. W Dzień Dobrych Uczynków Zygmuś za złotówkę kupił na targu żywą rybę. Zanieśliśmy ją w wiaderku nad Wisłę. I tam Zygmuś wypuścił ją na wolność. Pan Doktor pochwalił Zygmusia i dał mu na pamiątkę pocztówkę z dedykacją. (…) Brat Ryfki, Chaimek, jest jeszcze mały i Ryfka go broni. Chaimek czasem pluje na inne dzieci i psuje im zabawę. Kiedyś, gdy rozwalił kijem mrowisko, Pan Doktor bardzo się pogniewał i podał go do naszego dziecięcego sądu. Chaimek płakał i żałował, więc sąd mu wybaczył, a Pan Doktor go mocno przytulił. Chaim nie jest zły, ale miał trudne życie, choć jest taki mały”. Z charakterystyk Blumki wyczytać można i dziecięce fascynacje, i prostotę myślenia, ale również cierpienie sierot.

Druga część tej książki to rodzaj testamentu Doktora Korczaka spisany dziecięcą rączką. Ma więc formę krótkich zdań rozpoczynających się od słów: „Pan Doktor uczy…, Pan Doktor często powtarza…, Nasz Pan Doktor ustalił…” Piękny jest ten kodeks Korczaka i jaki mądry! Nie tylko wychowuje opuszczone dzieci, ale przede wszystkim uczy szacunku! Jednego dziecka do drugiego, ale chyba przede wszystkim szacunku dorosłych do dziecka, które ma prawo być szczęśliwe, jeść tyle, ile ma ochotę, czy szaleć i hałasować („gdyby tego zakazać dziecku, to jakby nakazać sercu, żeby przestało bić”).

Pamiętnik Blumki dopowiadają ilustracje. Dla dorosłego kontekst wielu obrazów jest zrozumiały i oczywisty. Kiedy autorka pisze: „Potem przyszła wojna, która zabrała też pamiętnik Blumki”, rysuje wagon i wieczne pióro nań wskazujące. Dzieci nie zrozumieją, chyba że im wytłumaczymy. Dlatego książkę tę można czytać na kilku poziomach – po prostu jako pamiętnik małej dziewczynki, która wspomina swoich przyjaciół, jako testament Korczaka oraz jako opowieść o losie sierot i trudnym dla dzieci czasie II wojny światowej.

POZNAWAĆ PO OWOCACH

Jako rodzice nie możemy sobie pozwolić na to, aby bezrefleksyjnie podchodzić do literatury dla dzieci. Warto samemu wpierw przeczytać, warto książki obejrzeć, warto zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście dana pozycja jest dobra i czemu służy, czy mój syn lub córka – którego konstrukcji psychicznej nikt nie zna tak jak ja – jest przygotowany na daną lekturę.

Jest pewnym, że będą nam wmawiali, iż potrzebujemy jeszcze książek o marihuanie11, o tym, że życie wcale nie zaczyna się w momencie poczęcia, a znacznie później, i koniec końców, że seks dorosłych z dziećmi służy przede wszystkim tym drugim. To tylko kwestia czasu. Konieczny jest wyraźny głos sprzeciwu. Nie godzimy się na książki, które gorszą, które niszczą, które uderzają w nasze dzieci. Jeśli ktoś gdzieś głośno woła, że kocha i nie bije, to dziś równie głośno chcemy zawołać: kocham, nie czytam bzdur.

Monika Moryń

Tekst pojawił się w najnowszym numerze kwartalnika FRONDA 64/2012.

Tomasz Rowiński

TOMASZ ROWIŃSKI (1981) historyk idei, redaktor pisma „Christianitas”, sekretarz redakcji kwartalnika „Fronda”. Ostatnio opublikował książki Czy żyjemy w czasach apokalipsy? (z ks. Dariuszem Kowalczykiem SJ, 2012), Jak odzyskać wiarę? (ks. Mirosławem Cholewą, 2012), a także Spór o Rymkiewicza. Wybór publicystyki (2012).