Idea Trzeciego Rzymu zdeterminowała całą historię Rosji

Kiedy Hitler niespodziewanie dla Stalina napadł na Związek Sowiecki, to Stalin po dojściu do siebie rozpoczął przemówienie do narodu od przywitania: Bracia i siostry! – o tartusko-moskiewskiej szkole semiotycznej i rosyjskim pragnieniu stania się Trzecim Rzymem rozmawiamy z prof. Bogusławem Żyłką

Marcin Herman: Jest Pan od lat tłumaczem i popularyzatorem w Polsce dorobku semiotyków z tzw. szkoły tartusko-moskiewskiej. Jakie były początki tej szkoły?

Jak sama nazwa wskazuje, szkołę tę utworzyli na początku lat sześćdziesiątych badacze z dwóch ośrodków – estońskiego Tartu (w Polsce kiedyś znanego jako Dorpat) ze starym uniwersytetem i Moskwy. Od strony personalnej podchodząc do zagadnienia genezy szkoły, za ojców założycieli należałoby uznać Jurija Łotmana, który wówczas przewodził literaturoznawcom w Tartu, i Wiaczesława Iwanowa, wnoszącego wiele nowych idei do ówczesnej myśli lingwistycznej i skupiającego wokół siebie sporą grupę specjalistów językoznawstwa i dyscyplin pokrewnych. Z szerszej już perspektywy historycznej mieliśmy do czynienia z fuzją tradycji literaturoznawczej, którą reprezentował Łotman, powojenny absolwent Uniwersytetu Leningradzkiego, z plejadą wybitnych profesorów, wśród których byli (na przykład Borys Eichenbaum) uczeni wywodzący się z tzw. rosyjskiej szkoły formalnej, najgłośniejszego chyba kierunku w dwudziestowiecznej nauce o literaturze (jego stulecie uczczono w ubiegłym roku w Moskwie specjalnym kongresem, zorganizowanym wspólnie przez Rosyjski Państwowy Uniwersytet Humanistyczny – uczelnia powstała na fali zmian politycznych po rozpadzie ZSRR – i Wyższą Szkołę Ekonomii) i lingwistycznej, głównie moskiewskiej, której uosobieniem był wówczas Iwanow.

Jednak to Łotman uchodzi za założyciela.

Tak, w odbiorze międzynarodowym rzeczywiście Łotman stał się twarzą szkoły, choć trzeba powiedzieć, że w ciągu trzydziestu lat jej istnienia przewinęło się przez nią wiele postaci o nie mniejszym formacie duchowo-intelektualnym. Łotman został nieoficjalnym liderem tej szkoły być może też dlatego, że był najstarszy z nich i miał za sobą inne doświadczenia życiowe.

Kim więc był Jurij Łotman?

Urodzony w 1922 roku, a więc jeszcze w Piotrogrodzie, w rodzinie inteligenckiej, krótko przed wojną trafił do armii w celu odbycia służby wojskowej i stamtąd od razu na front, z którego szczęśliwie wrócił już po kapitulacji Niemiec. Studia odbywał już jako człowiek dorosły i dojrzały i choć ukończył je z wyróżnieniem, nie mógł otrzymać pracy z uwagi na swoje żydowskie pochodzenie (miał przy tym znakomite charakterystyki od swoich frontowych przełożonych, które dołączał do podań, ale które potem jakoś tajemniczo „zaginęły”). Pamiętajmy, że był to okres wzmożonego antysemityzmu, rozpętanego przez Stalina, „sprawy kremlowskich lekarzy” itd. Dlatego za uśmiech losu można uznać, że nadarzyła się okazja zatrudnienia się, początkowo na godzinach zleconych, a później na całym etacie w tartuskim Instytucie Nauczycielskim. Stamtąd udało się Łotmanowi przenieść na uniwersytet, dzięki wydatnej pomocy później wieloletniego przyjaciela, a wówczas kierownika Katedry Literatury Rosyjskiej – Borisa Jegorowa. Tartu pojawiło się najpierw jako tymczasowa przystań, pozwalająca zachować związek z miastem rodzinnym, z czasem stało się swoim miastem, w którego pejzaż wrosła też sama figura nie całkiem dobrowolnego przybysza znad Newy.

Jak zainteresował się Pan szkołą tartusko-moskiewską?

Zaczęło się to podczas studiów w Gdańsku w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Moje pokolenie, pewnie nie całe, ale jakaś jego część, mocno przeżywało sprawę unaukowienia humanistyki. Pamiętam, że w szkole średniej z lektur zupełnie nadobowiązkowych największe bodaj wrażenie zrobiła książka Norberta Wienera Cybernetyka i społeczeństwo, więc z dużym zapałem rzuciłem się na studiowanie tomu tartuskich studiów semiotycznych. Był to tom czwarty z 1968 roku. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności stałem się wkrótce posiadaczem tomu pierwszego, wypełnionego w całości wykładami Łotmana z poetyki strukturalnej, które odebrałem jako rewelacje, w dużej mierze określające, by tak rzec, moją formację intelektualną. Pod sam koniec tej dekady mogłem już zapoznawać się na bieżąco z publikacjami semiotycznymi z Tartu. Niektóre ukazywały się w mikroskopijnych nakładach 300–500 egzemplarzy; podsyłał mi je regularnie z samego źródła mieszkaniec Pskowa, którego poznałem, pilotując wycieczkę z gdańskiego Juwenturu. Było to studenckie biuro podróży mieszczące się w starym Żaku, gdzie latem czasami zatrudniano mnie jako pilota, po ukończeniu odpowiedniego kursu i zdaniu egzaminu. Pamiętam, że było to w siedzibie ZSP w Warszawie.

Były to czasy pełne dziwnych paradoksów. Ów pskowianin nazywał się Władysław Aloszyn, był sekretarzem „Pskowskiej Prawdy”, terenowego oddziału moskiewskiej „Prawdy”, głównej gazety KPZR, a jednocześnie wielkim admiratorem kultury polskiej. Sam wyuczył się języka polskiego. Po 1956 roku było to zresztą wśród inteligencji rosyjskiej zjawisko dość powszechne, w ogóle panowała moda na wszystko co polskie – od filmu, plakatu, muzyki po kosmetyki i ciuchy. Dzięki znajomości naszego języka mój znajomy miał dostęp nie tylko do autorów polskich, ale przez przekłady także do zachodnich. Zawarliśmy taką prywatną umowę, że ja będę mu wysyłał książki z Polski, a on rosyjskie, w tym głównie wydawane w Tartu. Na uniwersytecie pracowała jego koleżanka ze studiów, znakomita romanistka i przy tym arcymistrzyni szachowa Łarisa Wolpert, zaprzyjaźniona z rodziną Łotmanów. Dzięki niemu zgromadziłem więc sporą kolekcję semiotyczną, w tym kilka z dedykacjami Łotmana.

Poznał Pan Łotmana osobiście?

Kiedy na początku lat osiemdziesiątych przebywałem w Leningradzie na półrocznym stażu naukowym, pod jego koniec zaryzykowałem wypad do Tartu, to było to możliwe właśnie dzięki pomocy tej dwójki. Tartu było miastem zamkniętym, obok stacjonował pułk bombowców strategicznych, dowodzony przez pułkownika Dżochara Dudajewa, przyszłego tragicznego prezydenta Czeczenii. Przez tydzień mieszkałem w dużym, wypełnionym książkami w różnych językach, mieszkaniu Wolpertów. Pamiętam, że kiedy drugiego dnia wybraliśmy się na wykład profesora Łotmana do klasycystycznego głównego gmachu uniwersyteckiego, to pierwsze jego pytanie właśnie dotyczyło tego, w jaki sposób dostałem się do Tartu – oficjalnie czy incognito? Odpowiedziałem pytaniem na pytanie – panie profesorze, a jak pan sądzi? Po wykładzie (był to wykład monograficzny o pisarzu i historyku Rosji Nikołaju Karamzinie) profesor zaprosił nas na kolację do swojego domu. Późnym wieczorem, idąc przez pusty stary park, toczyliśmy luźną rozmowę na różne tematy. W mieszkaniu na pierwszym piętrze starej willi kontynuowaliśmy ją rosyjskim zwyczajem w kuchni, komentując też aktualne wydarzenia polityczne. Był to okres, kiedy w Rosji zmieniali się często komunistyczni władcy i wówczas zmarł Jurij Andropow. Zapamiętałem zdanie gospodarza, mające trochę aforystyczną formę – Odszedł kolejny nieboszczyk i przyjdzie rządzić następny. Tak też się stało – Konstantin Czernienko nie porządził długo i po nim nastał, jak wiemy, Michaił Gorbaczow, który ratując ZSRR, doprowadził do jego rozpadu. Następnego dnia spotkaliśmy się już na rozmowie dotyczącej spraw naukowych. Układałem wówczas antologię tekstów semiotycznych. Ukazała się w Polsce dopiero w następnej dekadzie pod tytułem Semiotyka dziejów Rosji. Radziłem się Jurmicha, tak go nazywano w nieoficjalnych kontaktach, co do jej zawartości, autorów, układu. Napisał później do niej wstęp zawierający skrócony projekt semiotyki historycznej. Na zakończenie spotkania wręczył mi ostatnie swoje publikacje. Między innymi drugie wydanie biografii Puszkina z dedykacją. Znałem tę książkę i przy okazji zapytałem, dlaczego tak powierzchownie potraktował powstanie listopadowe, na które Puszkin zareagował wiernopoddańczymi wierszami, znanymi też jako „antypolska trylogia”.

Co odpowiedział? 


Pełna treść tego artykułu dostępna wyłącznie dla prenumeratorów kwartalnika Fronda. Zamów prenumeratę, a jeśli jesteś już naszym prenumeratorem - zaloguj się lub zarejestruj konto, by uzyskać dostęp do ekskluzywnych treści.


Tekst pochodzi z kwartalnika: .