Prawy terror. Z Jarosławem Tomasiewiczem rozm. Leszek Zaborowski

W Europie, nawet w krajach katolickich, takich jak Francja czy Włochy, wojujący prawicowi ekstremiści wolą się odwoływać do nazizmu, socjaldarwinizmu, integralnego tradycjonalizmu Evoli – do wszystkiego poza chrześcijaństwem

Leszek Zaborowski: W kontekście potencjalnych aktów terrorystycznych na terytorium Europy, Stanów Zjednoczonych czy Kanady myślimy dziś zwykle o zagrożeniu ze strony islamistów. Wydaje mi się jednak, że w latach 60., 70. i 80. XX wieku terroryzm był na tych obszarach przede wszystkim domeną skrajnej lewicy. Najczęściej wspomina się przykłady Niemiec i Włoch, ale zjawisko chyba nie ograniczało się do tych państw?

Jarosław Tomasiewicz: Oczywiście. Tak jak dziś ikoną terroryzmu jest Osama bin Laden, tak 30–40 lat temu byli to Ulrike Meinhof i Andreas Baader. Fala lewackiego, na ogół neomarksistowskiego, terroryzmu wezbrała po studenckiej rebelii 1968 roku. To Frakcja Armii Czerwonej (RAF) w Niemczech, Czerwone Brygady we Włoszech, Akcja Bezpośrednia we Francji, Gniewna Brygada w Wielkiej Brytanii, Meteorologowie (Weathermen) w USA, Lewica Rewolucyjna (Dev Sol) w Turcji, Japońska Armia Czerwona – by wymienić tylko najważniejsze. Dodajmy do tego ugrupowania „narodowowyzwoleńcze”, czyli separatystyczne i irredentystyczne: ETA, IRA, Front Wyzwolenia Narodowego Korsyki, Front Wyzwolenia Quebecu, Czarne Pantery, Partię Pracujących Kurdystanu, które na ogół też przyjmowały frazeologię lewicowo-rewolucyjną… Apogeum ich działalności to lata 1977–1978 – porwania premiera Aldo Moro we Włoszech i prezesa związku pracodawców Hannsa Martina Schleyera w RFN.

Dlaczego ugrupowania „narodowowyzwoleńcze” – a więc w swej istocie nacjonalistyczne – przyjmowały lewicową ideologię?

Nacjonalizm mniejszościowy z natury rzeczy ma charakter rewolucyjny, więc szuka sojuszników wśród innych wrogów status quo. Do tego dochodzi kwestia swego rodzaju intelektualnej mody czy też, jak kto woli, hegemonii. Po II wojnie eksplodowała dekolonizacja, a ruchy antykolonialne miały na ogół charakter lewicowy, zaś np. ETA wzorowała się na algierskim Froncie Wyzwolenia Narodowego. Doskonale widać to w Irlandii Północnej, gdzie praktycznie całe spektrum polityczne społeczności irlandzkiej (katolickiej) zostało zdominowane przez lewicę: od umiarkowanej (Socjaldemokratyczna Partia Pracy) przez radykalną (Sinn Féin/IRA) po skrajną (Irlandzka Republikańska Partia Socjalistyczna i jej przybudówka Irlandzka Armia Wyzwolenia Narodowego, INLA). Natomiast druga, brytyjska (protestancka) strona barykady to głównie centroprawica (Ulsterska Partia Unionistów), prawica (Demokratyczna Partia Unionistów) i ultraprawica (Ulsterska Awangarda), choć istnieją też lewicowi unioniści (Postępowa Partia Unionistów). Grupy paramilitarne lojalistów – Ulster Defence Association, Ulster Volunteer Force, Loyalist Volunteer Force – odzwierciedlały to zróżnicowanie ideologiczne.

Jak często po terror sięgali ci, którzy uznawali się za obrońców tradycyjnych wartości, ładu, narodowej tożsamości? Mam tu na myśli zarówno grupy ze skrajnej prawicy, jak i te odrzucające podobną identyfikację choćby na rzecz tzw. trzeciej pozycji, inaczej terceryzmu. Czy były one liczne?

To zależy w jakim okresie. Przykładowo w dwudziestoleciu międzywojennym terror, terroryzm zdecydowanie częściej stosowali ultraprawicowcy.

Tu może poczynić należałoby uwagę natury terminologicznej: zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników „Frondy” naziści, faszyści itp. nie mają nic wspólnego z prawicą, są lewicowcami. Ich stosunek do tradycji nieraz rzeczywiście pozostawał ambiwalentny, podobnie program gospodarczy. Tym niemniej trzeba pamiętać, że ruchy te powstały jako reakcja na działania komunistycznej czy socjaldemokratycznej lewicy i to lewica pozostawała (pomijając sporadyczne przypadki „sojuszu ekstremów”) ich głównym wrogiem. Doskonale widać to nie tylko w propagandzie (nawet jeśli przejmowała ona czasem część frazeologii i haseł przeciwnika), ale właśnie na twardym gruncie statystyki ofiar przemocy. Z rąk nazistów czy faszystów ginęli głównie komuniści i odwrotnie. Jeśli więc kogoś razi użycie w tym kontekście określenia „ultraprawicowy”, może mówić „antylewicowy”…

I właśnie takie ugrupowania najchętniej, najintensywniej, najbardziej systematycznie sięgały wtedy po przemoc: squadristi we Włoszech, freikorpsy i Oddziały Szturmowe NSDAP w Niemczech, Żelazna Gwardia w Rumunii, Kaptur (La Cagoule) we Francji, Falanga w Hiszpanii, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, chorwaccy ustasze… Ich liczebność szła w tysiące, stosowały przemoc na skalę masową: od starć ulicznych (np. krwawa niedziela w Altonie w 1932 roku) po spektakularne zamachy, takie jak zabójstwo króla Jugosławii Aleksandra i francuskiego premiera Barthou w Marsylii w 1934 roku.

Pamiętajmy jednak, że w tych czasach obyczaje polityczne były dużo brutalniejsze niż obecnie. W Niemczech komuniści nie byli bezbronnymi owieczkami masakrowanymi przez nazistów – komunistyczny Związek Czerwonych Frontowców dotrzymywał w ulicznej przemocy kroku SA (przykładem może być choćby zabójstwo Horsta Wessela). Swoje bojówki posiadały też partie umiarkowane: konserwatyści (Stalowy Hełm), socjaldemokraci (Żelazny Front), a nawet liberałowie (Zakon Młodoniemiecki)!

A po II wojnie światowej?

Po II wojnie palma pierwszeństwa w terroryzmie początkowo nadal należała do skrajnej prawicy – taki charakter miała Tajna Organizacja Wojskowa (OAS), terroryzująca swymi zamachami Francję w pierwszej połowie lat 60. (słynne są choćby próby zgładzenia prezydenta de Gaulle’a, uwiecznione przez Fredericka Forsytha w Dniu szakala). W USA w tym samym czasie nasiliły się akty przemocy ze strony Ku-Klux-Klanu, wymierzone w aktywistów ruchu praw obywatelskich.

Natomiast później terroryzm ultraprawicowy (czy też, jak kto woli, antylewicowy) wyraźnie osłabł. Przemocą w zasadzie przestała posługiwać się prawica konserwatywna, co przed II wojną wcale nie było oczywiste; wyjątek stanowiła tzw. Służba Akcji Obywatelskiej (SAC), utworzona w 1960 roku przez gaullistów. W Stanach Zjednoczonych znaczny rozgłos zyskał ruch Posse Comitatus, jednak Posse, oparte na idei niezależnych od państwa szeryfów, miało charakter raczej parapolicyjny niż terrorystyczny (choć niektórzy jego członkowie, jak Gordon Kahl, zamieszani byli w akty przemocy). Tu i ówdzie egzystowały niewielkie bojówki neofaszystów (Wehrsportgruppe Hoffmann czy Volkssozialistische Bewegung Deutschlands w RFN, The Order i Aryan Republican Army w USA), pozbawione wszakże politycznego znaczenia.

Z krajów europejskich jedynie we Włoszech utrzymywał się żywotny nurt czarnego terroru: Ordine Nuovo, Ordine Nero, Lotta di Popolo, Nuclei Armati Rivoluzionari… To ich dziełem była strategia napięcia, czyli kampania zamachów bombowych w pierwszej połowie lat 70., która doprowadzić miała do ustanowienia w kraju prawicowej dyktatury. W 1974 roku w Italii doliczono się 628 aktów terroru – w lwiej części czarnego. O skali zjawiska świadczy to, że policja skonfiskowała nie tylko 14 tysięcy pistoletów i 234 tony materiałów wybuchowych, ale też… dwa działa.

Czy taka sama dynamika występowała na innych kontynentach?

Nie. Na przykład w Turcji lata 70. to apogeum terroryzmu prawicowego, rozszczepionego na dwa nurty: nacjonalistyczny (ÜlkücüIdealiści, zwani potocznie Szarymi Wilkami) i islamistyczny (Akincilar – Jeźdźcy). Liczebność Szarych Wilków oceniano w 1980 roku na 200 tysięcy aktywistów (z organizacji tej wywodził się, przypomnijmy, Mehmet Ali Ağca). Przed wojskowym zamachem stanu 1980 roku Turcja pogrążała się w pełzającej wojnie domowej – uzbrojeni ekstremiści z prawa i lewa przejmowali kontrolę nad całymi dzielnicami czy uniwersytetami. Liczba ofiar konfliktu sięgała pięciu tysięcy. Również w Ameryce Łacińskiej ten okres to apogeum działalności szwadronów śmierci – prawicowych bojówek parapolicyjnych zwalczających pozaprawnymi metodami lewicową opozycję. Stosunkowo silna pozostawała też skrajna prawica w Japonii, połączona z przemocą dwojakimi więziami. Z jednej strony są to samurajskie i militarne tradycje (czego dowodem są nie tylko paramilitarne struktury w rodzaju Korpusu Obrony Narodowej, ale też spektakularne seppuku słynnego pisarza Yukio Mishimy w 1971 roku). Z drugiej – bliskie koneksje z japońską mafią yakuza, z których zrodziła się tzw. prawica gangsterska (ninkyo uyoku).

Wróćmy jeszcze do metod, którymi posługiwały się wspomniane grupy. Jak często ich działania powodowały ofiary śmiertelne?

Nie ma terroryzmu bez ofiar. Specyfiką modus operandi neofaszystowskich terrorystów była taktyka strzelania w tłum, czyli uderzania na oślep. Jej teoretyczne uzasadnienie próbował dać Mario Tuti: Jest oczywiste, że aby potrząsnąć bezwładnymi masami, niekiedy trzeba uderzyć właśnie w nie, na ślepo. Faktycznie jednak wyrażała ona tyleż antydemokratyczną ideologię sprawców, ile ich narastające poczucie alienacji. Jej egzemplifikacjami były zamachy bombowe na placach w Mediolanie (1969) i Brescii (1974), na dworcu kolejowym w Bolonii (1980 – 80 ofiar!), na Oktoberfest w Monachium (1980), na urząd w Oklahoma City (1995 – 168 ofiar!!!).

Z jakich środowisk rekrutowali się ich członkowie?


Pełna treść tego artykułu dostępna wyłącznie dla prenumeratorów kwartalnika Fronda. Zamów prenumeratę, a jeśli jesteś już naszym prenumeratorem - zaloguj się lub zarejestruj konto, by uzyskać dostęp do ekskluzywnych treści.


Tekst pochodzi z kwartalnika: .