W Rosji marzenia nazywa się geopolityką

Gra nie toczy się o Krym czy Donbas. Toczy się o Europę – bo jeśli Unia chce pełnić czołową rolę na świecie, odzyskiwać dawną rangę – nie może sobie pozwolić, żeby ktoś jej zagrał na nosie. Toczy się o Rosję. Scenariusz, w którym Rosja wkroczy w kolejną fazę dezintegracji, jest całkiem realny – Leszek Moczulski w rozmowie z Marcinem Furdyną i Markiem Rodzikiem

Marcin Furdyna, Marek Rodzik: W publicystyce bardzo często pojawiają się opinie, że dzisiejszy kryzys ukraiński przypomina sytuację z końca lat 30. Padały m.in. sformułowania, że realna jest perspektywa „nowego Monachium” – porozumienia Zachodu z Rosją kosztem interesów ukraińskich. Czy istnieją jakieś analogie?

Leszek Moczulski: Karol Marks pisał, że historia powtarza się: najpierw jako tragedia, drugi raz jako farsa. W tym sensie można by zestawić sytuację dzisiejszą, ale z rokiem 1938 – choć będzie to farsa zupełnie głupkowata. Chamberlain prowadził pragmatyczną brytyjską politykę imperialną, której zasada była następująca: mocarstwo europejskie, które dąży do dominacji nad Europą, musi zostać zniszczone. O ile to możliwe – bez uciekania się do wojny. Jeżeli porównamy to z dzisiejszą sytuacją, to musimy zadać sobie podstawowe pytanie: kto tu jest mocarstwem? Oczywiście, że nie Rosja, tylko Zachód. Pod każdym względem są to nieporównywalne wielkości.

Jednak jeszcze kilkadziesiąt lat temu Związek Radziecki konkurował z Zachodem jak równy z równym.

Do lat 70. ubiegłego stulecia mieliśmy do czynienia ze światem dwubiegunowym. Biegunem określamy ośrodek, który przyciąga, skupia wokół siebie mniejsze kraje, narzuca im jakieś (formalne lub nieformalne) ograniczenia. Stany Zjednoczone ściągały uwagę innych państw przez bogactwo, możliwości, gwarancje bezpieczeństwa. Narzędziami sowieckimi były natomiast ideologia i przymus. Około roku 1970 pojawił się trzeci biegun – chiński, który z jednej strony posługuje się takimi narzędziami jak przymus i ideologia, z drugiej – olbrzymim skokiem gospodarczym. Świat zaczął stawać się wielobiegunowy.

Związek Radziecki najpierw stracił status bieguna, następnie status wielkiego mocarstwa i zaczął się rozsypywać. Moskwa musiała oddać kraje obozu sowieckiego, aby utrzymać Związek Radziecki, a gdy okazało się to niewystarczające – zrezygnować z republik sowieckich, aby zachować w całości Rosję. Działo się tak nawet mimo poparcia Amerykanów, którym w latach 1990–1991 zależało na utrzymaniu niegroźnego już Związku Sowieckiego, który miał być czynnikiem stabilizacji w rzekomo zagrożonym anarchizacją regionie.

Jak poważne są te różnice między Związkiem Radzieckim a dzisiejszą Rosją?

Różnice są przede wszystkim jakościowe. W momencie kiedy funkcjonował świat dwubiegunowy i zaczynał się wyłaniać świat wielobiegunowy, Związek Radziecki był drugim albo trzecim mocarstwem gospodarczym świata. Dziś Rosja z trudem mieści się w pierwszej dziesiątce. Bo jeśli przeliczymy PKB po nowych, niższych cenach ropy naftowej, to Korea Południowa wyprzedzi Rosję w tym zestawieniu. To są porównywalnej wielkości gospodarki, ale nikt przecież nie powie, że Korea Południowa jest światowym mocarstwem.

Druga różnica jakościowa: gospodarka Związku Radzieckiego była oparta na rozwiniętym przemyśle przetwórczym. Rosja nie jest mocarstwem przemysłowym, ale mocarstwem bananowym, tzn. żyjącym z eksportu jednego towaru – surowców energetycznych – którego nie tworzy, tylko pozyskuje. Gospodarka radziecka była w minimalnym stopniu uzależniona od gospodarki światowej – w przeciwieństwie do gospodarki rosyjskiej, która jest całkowicie zależna od sytuacji na rynkach światowych. Względnie drobne zmiany w cenach ropy naftowej, niezależnych od rządu czy giełdy moskiewskiej, dają Rosji nadmiar środków albo ich niedostatek. W związku z tym nie można nawet zaplanować w miarę pewnego budżetu na kilka lat do przodu.

Niemcy hitlerowskie w 1938 roku miały ogromny potencjał produkcyjny i gospodarczy, który osiągał pierwsze lub drugie miejsce na świecie. Ten potencjał został stworzony jeszcze przed 1914 rokiem, nienaruszony i rozbudowany w pierwszej wojnie światowej, a zniszczony dopiero wskutek katastrofy w drugiej. Przez całe dwudziestolecie Niemcy rozbudowywały swój potencjał. Rzesza hitlerowska robiła to metodami awanturniczymi, drukując papiery wartościowe, które w rzeczywistości żadnej wartości nie miały – ale pozwoliło to jej uruchomić w pełni posiadany potencjał gospodarczy i odbudować potężny Wehrmacht – stając się jedną z największych potęg świata.

W Rosji funkcjonuje jeszcze przemysł zbrojeniowy…

który w związku z wojną rosyjsko-ukraińską dostał straszliwy cios, co było zapewne jedną z przyczyn ostrej, a w istocie rozpaczliwej, awanturniczej polityki Putina, ponieważ Ukraina była poważnym partnerem w tym zakresie. Przy czym Ukraina nie produkowała (może poza czołgami – ich największa fabryka na świecie jest w Charkowie) wyrobów finalnych, tylko ich części. Przykładowo, wszystkie wojskowe śmigłowce rosyjskie mają ukraińskie silniki, dopiero od bodajże dwóch lat Rosjanie zaczęli produkować własne. Ale najbardziej nowoczesny przemysł zbrojeniowy to wcale nie Donbas, tylko Dniepropietrowsk, Zaporoże itd. Rosyjski przemysł zbrojeniowy (podobnie jak ukraiński) jest w zasadzie jedynym przemysłem pomyślanym na eksport – głównie do krajów Trzeciego Świata. Wartość sprzedaży nie jest jednak imponująca – stanowi co najmniej połowę (a niektórzy twierdzą nawet, że jedną trzecią) wartości eksportu wyrobów spożywczych z Polski. A przecież Polska nie jest jakimś mocarstwem gospodarczym, w tym – rolniczym.

Mówimy o gospodarce, ale chyba nie można zapominać, że Rosja jest państwem, które przeznacza olbrzymie sumy na zbrojenia.

Formalna mocarstwowość militarna Rosji opiera się na jednym, samotnym czynniku: broni rakietowo-nuklearnej. Rosja ma mniej więcej tyle głowic nuklearnych, ile miał Związek Radziecki. Ale strategiczna broń nuklearna nie ma współcześnie możliwości wojskowego zastosowania. Mamy dwa rodzaje tej broni: masowego zniszczenia i precyzyjnego rażenia. Broń masowego zniszczenia miała zastosowanie wyłącznie polityczne: podczas zimnej wojny uniemożliwiała rozpoczęcie globalnego konfliktu. Wojskowo można było ją wykorzystać tylko w jednym przypadku – w celu zniszczenia przeciwnika kosztem zniszczenia samego siebie. Słowem: wojna dla samej wojny, bez celu politycznego. Stany Zjednoczone nie chciały wojny, co wymagało posiadania broni nuklearnej, gdy Związek Radziecki nie był dość silny, aby globalną wojnę rozpocząć, lecz broń nuklearną musiał mieć.

Dlaczego musiał?

Ponieważ będąc biegunem polityki światowej, musiał uzyskać status wielkiego mocarstwa. Bez strategicznej broni nuklearnej nikt by go za takie mocarstwo nie uznał.

Teoretycznie rzecz biorąc, biegunem polityki światowej może być kraj, który nie ma statusu wielkiego mocarstwa, ale przyciąga i grupuje wokół siebie inne kraje oraz organizuje wykorzystanie ich energii społecznej. Kiedy w XVIII wieku zaczynał formować się biegun zachodni, początkowo w Wielkiej Brytanii, to nie była ona jeszcze wielkim mocarstwem europejskim i nie angażowała się bardziej w kontynentalne przepychanki, a tym samym nie zużywała swoich zasobów energii społecznej. Natomiast Sowieci uważali, że sama idea komunistyczna, liczba ludności i rozległe terytorium nie są wystarczające, dlatego chcieli mieć status wielkiego mocarstwa. Potrzebowali jakichś materialnych dowodów, które by ten status potwierdzały. Ponieważ nie mogła przewodzić światowej nauce czy kulturze ani stać się czołową potęgą gospodarczą, kontynuowała model przyjęty grubo wcześniej przez carat: potężne siły zbrojne.

Uchodziły za największe na świecie.

Chińskie były jeszcze większe – w początku lat 40. ubiegłego wieku ponad 25 milionów w szeregach. Jednak wcale nie oznaczało to, że z tego względu wszyscy będą uważali je za wielkie mocarstwo. W przypadku ZSRR – cóż to za wielkie mocarstwo, które nawet posiadając bardzo silną armię, prosi, aby sprzedawać mu zboże – i to po niskich cenach, bo nie ma pieniędzy? Trzeba było stworzyć taką sytuację, w której czynnik militarny stał się głównym elementem wielkomocarstwowości. Wojsko najbardziej cenne jest podczas wojny, wtedy wszystko zależy od niego. Ale Związek Radziecki nie mógł rozpocząć wojny – m.in. dlatego że był za słaby gospodarczo, a więc nie mógł rozbudować wojska do potrzebnego poziomu. Wybrano więc – raczej intuicyjnie niż rozumowo – szczególną koncepcję. Wystarczy prowadzić politykę, która będzie utrzymywała świat na krawędzi wojny. Spowoduje to, że czynnik militarny stanie się znów najważniejszy. Kilka tysięcy pocisków nuklearnych gotowych do użycia wystarczało. Wprawdzie dość szybko zorientowano się, że to broń polityczna, nie do użycia militarnego – ale aby utrzymać równowagę, trzeba było konstruować i budować coraz to nowe i nowe.

Wróćmy do roku 1938. Otóż Hitler miał już potężną armię – i to nie polityczną, ale realną, gdy Wielka Brytania była jej prawie pozbawiona. Przez kilkanaście lat wydatki na obronę utrzymywała na najniższym możliwym poziomie. RAF miał samoloty z początku lat 20., operacyjne wojska lądowe nie istniały, a Royal Navy, choć najpotężniejsza na świecie, była w stanie kontrolować tylko dwa akweny strategiczne, gdy istniała konieczność obrony trzech. Francuzi dysponowali armią potężną, ale bardzo osłabioną redukcjami, które prawie nieprzerwanie następowały po poprzedniej wojnie, z niedostatkiem nowoczesnego sprzętu. Cóż z tego, że produkowała nowoczesne samoloty, skoro przez ostatnie kilkanaście miesięcy prosto z fabryk potajemnie kierowała większość dla republikańskiej armii hiszpańskiej? Zresztą, dwa lata rządów Frontu Ludowego wpędziły gospodarkę francuską w głęboki kryzys. Groźby wojenne Hitlera w Paryżu i Londynie odbierane były jako zapowiedź militarnej klęski. Konieczny był rok–dwa, aby wykorzystując własny wielki potencjał gospodarczy, uzyskać przewagę militarną nad Rzeszą i nie dopuścić, aby Hitler rozpętał wojnę. Dlatego Chamberlain musiał jeździć do Berchtesgaden, Bad Godesberg czy do Monachium – i grzecznie się zachowywać, co robił z niemałym wstydem. Rok później sytuacja militarna była już inna, a przywódcy francuscy czy brytyjscy zachowywali się zgoła inaczej.

W czasie zimnej wojny czynnik militarny dalej pozostawał tym głównym.


Pełna treść tego artykułu dostępna wyłącznie dla prenumeratorów kwartalnika Fronda. Zamów prenumeratę, a jeśli jesteś już naszym prenumeratorem - zaloguj się lub zarejestruj konto, by uzyskać dostęp do ekskluzywnych treści.